Hellada '2004


dzień 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 epilogos

Tychy - Słowacja - Węgry - Serbia

Nasza wyprawa rozpoczęła się 14 września 2004 roku, a jej celem była od lat rozbudzająca moją wyobraźnie kolebka bogów, ojczyzna olimpiady - Hellada. Nasza drużyna licząca 11 osób wyruszała z dwóch miejscowości: Gliwic (Aneta, Jarek, Kasia, Mariusz, Monika) i Tych (Ania, Rafał, Gosia, Łukasz, Dorota, Witek). Chociaż mieliśmy najbliżej (może 300 metrów) zjawiliśmy się prawie na końcu, nasz honor uratowała zgodnie z oczekiwaniami Orzełek. Nie wiem o której autokar startował z Gliwic, ale dla mnie przygoda rozpoczęła się o godzinie 5.25 miejscowego czasu. Było ciemno, zimno, a przed autokarem witali nas kierowca i pani pilot wycieczki - blond lola na wysokich obcasach, mająca być wbrew pozorom bardzo ciekawą postacią wycieczki:).

Przed Zwardoniem

Ponieważ siedzieliśmy na samym przodzie piętrowego autobusu widoki były prześliczne. Pierwsze zdjęcie zrobiłem o godzinie 6:39 niedaleko granicy słowackiej, zaraz przed Zwardoniem. Widzimy na nim bardzo reprezentacyjną drogę do przejścia granicznego, bardzo szeroka, dobrze oznaczona i dobrej jakości nawierzchnia zapewnia komfortową jazdę, że nie wspomnę o uznaniu dla naszego kraju w oczach właśnie wjeżdżających gości.

Słowacja

Na granicy okazało się, że warto mieć bląd-pilotkę, która kręcąc pupą podbiega do celników. Odprawa była błyskawiczna. Słowacja powitała nas górami i słoneczną pogodą, podziwialiśmy Małą i Wielką Fatrę, niestety tylko z jadącego autokaru.

Słowacja

Pani pilot coś tam czytała nam z przewodnika, ale robiło to na nas raczej kiepskie wrażenie, było chaotyczne i nieprzygotowane, ale wybaczamy jej wszystko za szybkie odprawy na przejściach i dostarczanie nam rozrywki w trakcie podróży. Doceniliśmy ją dopiero w drodze powrotnej, kiedy jej zabrakło...

Ćviru i Orzeł

Humor nam dopisywał przez całą podróż, może dzięki temu była łatwiejsza do zniesienia.

Dorota i Ćviru

Jest godzina 10:19 - pierwszy postój na Słowacji, jakieś 30km przed granicą z Węgrami.

Kolejne odprawy szły równie sprawnie, pomijając fakt, że na Węgierskiej granicy z autokaru musiały wysiąść dwie panie które nie miały ważnego paszportu (sic!).

Na Węgrzech nie było postoju, co bardzo nie spodobało się Dorocie, która liczyła, że posłucha węgierskiego "na żywo". Było za to niedaleko przed serbską granicą miasto Szeged, przy okazji którego pani pilotka poinformowała nas, że nazwę tą czyta się Seged a Szeged oznacza cyt. słowo na D na cztery litery, czyli ten, hi hi hi... DUPA. Powiedzcie sami czy nie była słodka:)?

Orzeł i Ćviru

Po słowackich górach Serbia gościła nas rozległymi równinami jakich jeszcze nie widziałem. W Polsce przy drogach są najczęściej albo lasy, albo góry, a tu aż po horyzont pola, pola, pole kukurydzy, pola, pola, pola, pola, pole kukurydzy, pola...

W Serbii
W Serbii

Gdy wjeżdżaliśmy do Belgradu było już ciemno, więc nie dało się robić zdjęć z jadącego autokaru (który się niestety nie zatrzymywał), a szkoda, bo mosty Belgradu wyglądały w nocy przepięknie.


dzień 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 epilogos
Minister kazał, więc uprzejmie informujemy, że nasze strony wykorzystują pliki cookies (ciasteczka) i inne dziwne technologie m.in. w celach statystycznych. Jeśli Ci to przeszkadza, możesz je zablokować, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji znajdziesz w artykule: Pliki cookies (ciasteczka) i podobne technologie.